Zaczął się kwiecień, dla większości z Was kojarzy się ze Świętami Wielkanocnymi, a dla mnie powoli zbliżają się urodziny... Mam zamiar też spełnić pewne postanowienie dotyczące bloga, a mianowicie regularność, mam nadzieję, że uda mi się to lepiej niż w ostatnim czasie.
Tak więc przychodzę do Was z recenzją w iście świątecznym klimacie. [Postronni obserwatorzy pewnie mieli ubaw, kiedy patrzyli jak rozkładam się z kartonami jajek na balkonowej ławce.]
Cena: W sklepach internetowych ok. 17.90zł /300ml, w Warszawie widziałam stacjonarnie za ok.19zł. Ja miałam okazję zakupić ją na Ukrainie , gdzie zapłaciłam za nią niecałe 5zł... [ukraińska hrywna leci na łeb na szyję przez tą całą wojnę] tak więc różnica jest znaczna.
Zapach: Kiedyś używałam maski do włosów o podobnym zapachu. Wydaje mi się, że pachnie jak Kallos latte, ale mogę się przecież mylić. Dajcie znać jeśli używałyście tą jajeczną maskę i możecie porównać do czegoś ten zapach. Delikatny, a zarazem bardzo przyjemny, jajek tu raczej nie wyczujemy. Niestety nie utrzymuje się na włosach po myciu.
Opakowanie: Standardowy słoiczek z zakrętką. Jednak poza zakrętką maska posiada plastikowe zabezpieczenie - niezbyt udane - przez które maska nie powinna się wydostawać. Niestety wydostaje się przez zabezpieczenie, jak i przez samo opakowanie jeśli nie zamkniemy go dokładnie... Może po prostu trafiłam na felerne opakowanie. Jest też papierowa ulotka na temat produktu. Co na niej jest nie mam pojęcia, nie miałam nigdy z rosyjskim styczności.
Konsystencja: Strasznie płynna, wodnista. Przecieka przez palce, więc trzeba mieć spore wyczucie, aby maska zamiast na włosy nie trafiła do odpływu brodzika. Już nie raz zastanawiałam się czy nie przelać jej do jakiejś butelki, by łatwiej się z niej korzystało.
Działanie: Jak już wspomniałam języka rosyjskiego nie znam, więc musiałam posiłkować się informacjami znalezionymi w internecie. Maska ma przede wszystkim regenerować i odżywić włosy oraz skórę głowy. Maska nadaje włosom blasku, ułatwia rozczesywanie, posiada silne działanie odżywcze. Włosy po tej masce są gładsze w dotyku, miękkie i lepiej się układają, przez co używam jej prawie po każdym myciu włosów zamiennie z odżywką [w zależności co pierwsze napatoczy mi się pod rękę podczas kąpieli] choć czasem skuszę się też na trzymaniu jej dłużej pod turbanem. Niemniej jednak w obu przypadkach sprawdza się równie dobrze. Nie podrażnia, nie wysusza ani nie obciąża cienkich włosów. Do tego jest całkiem wydajna, mimo swojej dość lejącej się konsystencji. Obecnie podczas pisania tego posta mam w opakowaniu jakąś połowę maski po ok.1,5 miesiąca stosowania, także wynik naprawdę niezły, gdyż włosy myję prawie codziennie.
Składniki: Aqua with infusions of: Hydrolyzed Egg Protein, Malt, Betula Alba Juice, enrichted by extracts: Salvia Officinalis, Rubus Chamaemorus, Rhodiola Rosea;Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Guar Gum;cold pressed oils: Hippophae Rhamnoides, Cucurbita Pepo, Corylus Avellana Seed;Panthenol, White Beeswax, Tocopherol, Citric Acid, Parfum, Benzoic Acid, Sorbic Acid.
Podsumowanie: Maska jest przyjemna, choć nie mam pojęcia czy skuszę się na nią jeszcze raz. Działa dobrze, ale konsystencja oraz opakowanie mi niestety przeszkadzają.
Próbowałyście rosyjskich kosmetyków ? Które urzekły Was najbardziej ?
Buziaki, Szarona.
PS: Wszystkim, którzy obchodzą Święta Wielkanocne życzę udanego spędzenia czasu w gronie najbliższych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty
Konferencja z Le Petit Marseillais.
W zeszły wtorek miałam przyjemność udać się na konferencję z marką Le Petit Marseillais. Było to moje pierwsze spotkanie tego typu, wcześniej jakoś nie miałam okazji uczestniczyć w żadnej konferencji. Konferencja miała formę warsztatów, poza prezentowaną nowością na rynku mieliśmy możliwość wykonania własnego peelingu do ciała, ale zacznijmy od początku...
Spotkanie miało miejsce w restauracji Belvedere w warszawskich Łazienkach, gdzie po wielu trudach oraz przy małej pomocy mapy w telefonie udało mi się trafić i na szczęście się nie spóźnić.
"Odetchnij Prowansją" było hasłem przewodnim konferencji.
Na wstępie została nam zaprezentowana nowość - żel pod prysznic o zapachu Werbeny i cytryny. Powiem Wam, że nie przepadam za takimi zapachami w kosmetykach, ale ten pozytywnie mnie zaskoczył. [Od razu po powrocie do domu trafił do mojej kabiny prysznicowej.]
Następnie przeszliśmy do części praktycznej - czyli wykonania peelingu do ciała. Z pomocą senselierki Marty Siembab w specjalnie przygotowanych słoikach mieszaliśmy nasze mikstury. Poradziłam sobie ! Chociaż do takich rzeczy mam chyba dwie lewe ręce, to w trakcie produkcji było dużo śmiechu. Przepis jest na tyle prosty, że każdy może go wykonać w zaciszu swojego domu.
1. Oczywiście potrzebny jest nam słoiczek, w którym wszystko będziemy mieszać.
2. Bazą do wykonania naszego peelingu jest olej ze słodkich migdałów. Następnie dokonujemy wyboru zapachowego - jeśli chcemy uzyskać bardziej cytrynowy zapach to dodajemy więcej kropli olejku cytrynowego, jeśli bardziej przemawia do nas werbena to werbeny. Ważne, aby nie przesadzić - wszystkich kropel powinno być ok. 20.
3. Teraz dokonujemy wyboru pomiędzy cukrem trzcinowym, a solą morską. Ja zdecydowałam się na peeling cukrowy, tak więc do peelingu dodałam cukier. Dla zwiększenia ostrości naszego peelingu możemy dosypać szczyptę koralowca, jednak nie jest to konieczne.
4. Ostatnim krokiem było dodanie startej skórki z cytryny.
Wystarczy wszystko wymieszać i Voilà. Naprawdę nic w tym trudnego.
Gdy już uporałyśmy się z robieniem peelingu miałyśmy czas na jedzenie...
... plotki z innymi blogerkami...
...oraz zdjęcia przy specjalnie przygotowanej do tego celu aranżacji.
Aż szkoda było wracać do domu.
Mam nadzieję, że peeling własnej produkcji sprawdzi się podczas kąpieli. Na pewno dam znać przy okazji projektu denko.
Do usłyszenia, Szarona.
Spotkanie miało miejsce w restauracji Belvedere w warszawskich Łazienkach, gdzie po wielu trudach oraz przy małej pomocy mapy w telefonie udało mi się trafić i na szczęście się nie spóźnić.
"Odetchnij Prowansją" było hasłem przewodnim konferencji.
Na wstępie została nam zaprezentowana nowość - żel pod prysznic o zapachu Werbeny i cytryny. Powiem Wam, że nie przepadam za takimi zapachami w kosmetykach, ale ten pozytywnie mnie zaskoczył. [Od razu po powrocie do domu trafił do mojej kabiny prysznicowej.]
Następnie przeszliśmy do części praktycznej - czyli wykonania peelingu do ciała. Z pomocą senselierki Marty Siembab w specjalnie przygotowanych słoikach mieszaliśmy nasze mikstury. Poradziłam sobie ! Chociaż do takich rzeczy mam chyba dwie lewe ręce, to w trakcie produkcji było dużo śmiechu. Przepis jest na tyle prosty, że każdy może go wykonać w zaciszu swojego domu.
1. Oczywiście potrzebny jest nam słoiczek, w którym wszystko będziemy mieszać.
2. Bazą do wykonania naszego peelingu jest olej ze słodkich migdałów. Następnie dokonujemy wyboru zapachowego - jeśli chcemy uzyskać bardziej cytrynowy zapach to dodajemy więcej kropli olejku cytrynowego, jeśli bardziej przemawia do nas werbena to werbeny. Ważne, aby nie przesadzić - wszystkich kropel powinno być ok. 20.
3. Teraz dokonujemy wyboru pomiędzy cukrem trzcinowym, a solą morską. Ja zdecydowałam się na peeling cukrowy, tak więc do peelingu dodałam cukier. Dla zwiększenia ostrości naszego peelingu możemy dosypać szczyptę koralowca, jednak nie jest to konieczne.
4. Ostatnim krokiem było dodanie startej skórki z cytryny.
Wystarczy wszystko wymieszać i Voilà. Naprawdę nic w tym trudnego.
Gdy już uporałyśmy się z robieniem peelingu miałyśmy czas na jedzenie...
... plotki z innymi blogerkami...
...oraz zdjęcia przy specjalnie przygotowanej do tego celu aranżacji.
Aż szkoda było wracać do domu.
Mam nadzieję, że peeling własnej produkcji sprawdzi się podczas kąpieli. Na pewno dam znać przy okazji projektu denko.
Do usłyszenia, Szarona.
Żel myjący do twarzy + peeling, 2 w 1 od Avy.
U Was też przez ostatnie kilka dni jest tak ładnie ? Dzięki temu udało mi się zrobić na zapas zdjęć kilku produktów, zanim znowu zrobi się szaro i ponuro. Trzeba przecież wykorzystać jakoś dobrą pogodę... Jakiś czas temu wyciągnęłam z szafki z zapasami taki oto żel do mycia twarzy. W sumie podchodziłam do niego mega sceptycznie, bo nie znam chyba osoby, którym podobają się produkty 2 w 1, 3 w 1 i tego typu wydziwienia.
Cena: ok. 15-20 zł za 200 ml produktu. Myślę, że cena jest w porządku. Może być problem z dostępnością, gdyż nie widziałam go nigdzie poza małymi drogeriami oraz w internecie.
Zapach: Bardzo ładny, cytrusowy, choć najbardziej wyczuwam tu pomarańczę, a nie grapefruit o którym wspomina producent. Czasem łapałam się na tym, iż będąc w łazience otwierałam go i po prostu wąchałam.
Opakowanie: Uważam, że większość produktów powinna mieć właśnie takie opakowania. Najzwyklejsze, przezroczyste butelki z nakrętką. Widać w niej ile produktu pozostało i od razu wiemy kiedy musimy się zaopatrzyć w kolejne opakowanie. Bez zastanawiania się ile w butelce jeszcze jego jest. Czasem miałam kłopot z jego otwarciem, ale wydaje mi się, że to kwestia jego wyrobienia. Przynajmniej zabierając go w podróż wiemy, że nie otworzy się nam w walizce i nie zapaprze wszystkich ubrań.
Konsystencja: Bazą produktu jest oczywiście żel do mycia twarzy o zielonkawym odcieniu. Poza żelem w opakowaniu znajdziemy też małe, błękitne, delikatnie peelingujące drobinki, które pod wpływem wody powoli się rozpuszczają. Żel jest dość gęsty, więc niewielka jego ilość wystarcza do umycia całej twarzy.
Działanie:
Według producenta:
Emulsja myjąca i oczyszczająca skórę twarzy i szyi z martwych komórek naskórka i innych zanieczyszczeń. Zawiera drobne kuleczki o działaniu złuszczająco - wygładzającym, mikrokapsułki z olejem jojoba i witaminą E - odżywiające skórę oraz środki natłuszczające i łagodzące podrażnienia. Żel wygładza skórę, poprawia jej ukrwienie przyspiesza proces odnowy komórkowej. Skóra staje się bardziej elastyczna, lepiej napięta, miękka i delikatna w dotyku.
Przejdźmy zatem do najważniejszej części recenzji - czyli działania, bo ona zawsze interesuje mnie najbardziej. Używam go przede wszystkim wtedy, gdy jestem już zmęczona i nie mam ochoty niczego robić z twarzą. [Wiem brzmi to strasznie, ale przecież kto nie ma takich dni.] Wtedy ,między szybkim myciem zębów oraz zmywaniu makijażu z oczu, robię nim demakijaż twarzy. W takim przypadku sprawdza się naprawdę całkiem nieźle. Dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie pozostawia jej przesuszonej. W przypadku mojej mieszanej skóry zdarza się, że czasami po zastosowaniu tego żelu jest trochę ściągnięta, lecz nie zawsze. Dość słabo się pieni, ale ja nie przepadam za mocno pieniącymi się produktami do mycia buzi, bo później w ustach mam zaraz pełno piany. Łatwo domywa resztki makijażu, nie podrażnia.
Składniki: Aqua, Coco Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Centaurea Cyanus (Cornflower) Flower Extract, Polyethylene, Lactitol, Xylitol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Carbomer, Triethanoloamine, Hydrogenated Jojoba Oil, Chromium Hydroxide Green, Parfum, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Limonene, Linalool.
Podsumowanie: W sumie jestem zadowolona, nie kupię kolejnej butelki, bo wolę zużyć to co mam jeszcze w zapasach, ale mimo to myślę, że nie jest to zły produkt. Całkiem nieźle oczyszcza skórę i nie pozostawia jej przesuszonej.
Miałyście do czynienia z tym produktem ? Jak się u Was sprawdził ?
Buziaki, Szarona.
Cena: ok. 15-20 zł za 200 ml produktu. Myślę, że cena jest w porządku. Może być problem z dostępnością, gdyż nie widziałam go nigdzie poza małymi drogeriami oraz w internecie.
Zapach: Bardzo ładny, cytrusowy, choć najbardziej wyczuwam tu pomarańczę, a nie grapefruit o którym wspomina producent. Czasem łapałam się na tym, iż będąc w łazience otwierałam go i po prostu wąchałam.
Opakowanie: Uważam, że większość produktów powinna mieć właśnie takie opakowania. Najzwyklejsze, przezroczyste butelki z nakrętką. Widać w niej ile produktu pozostało i od razu wiemy kiedy musimy się zaopatrzyć w kolejne opakowanie. Bez zastanawiania się ile w butelce jeszcze jego jest. Czasem miałam kłopot z jego otwarciem, ale wydaje mi się, że to kwestia jego wyrobienia. Przynajmniej zabierając go w podróż wiemy, że nie otworzy się nam w walizce i nie zapaprze wszystkich ubrań.
Konsystencja: Bazą produktu jest oczywiście żel do mycia twarzy o zielonkawym odcieniu. Poza żelem w opakowaniu znajdziemy też małe, błękitne, delikatnie peelingujące drobinki, które pod wpływem wody powoli się rozpuszczają. Żel jest dość gęsty, więc niewielka jego ilość wystarcza do umycia całej twarzy.
Działanie:
Według producenta:
Emulsja myjąca i oczyszczająca skórę twarzy i szyi z martwych komórek naskórka i innych zanieczyszczeń. Zawiera drobne kuleczki o działaniu złuszczająco - wygładzającym, mikrokapsułki z olejem jojoba i witaminą E - odżywiające skórę oraz środki natłuszczające i łagodzące podrażnienia. Żel wygładza skórę, poprawia jej ukrwienie przyspiesza proces odnowy komórkowej. Skóra staje się bardziej elastyczna, lepiej napięta, miękka i delikatna w dotyku.
Przejdźmy zatem do najważniejszej części recenzji - czyli działania, bo ona zawsze interesuje mnie najbardziej. Używam go przede wszystkim wtedy, gdy jestem już zmęczona i nie mam ochoty niczego robić z twarzą. [Wiem brzmi to strasznie, ale przecież kto nie ma takich dni.] Wtedy ,między szybkim myciem zębów oraz zmywaniu makijażu z oczu, robię nim demakijaż twarzy. W takim przypadku sprawdza się naprawdę całkiem nieźle. Dobrze oczyszcza skórę twarzy, nie pozostawia jej przesuszonej. W przypadku mojej mieszanej skóry zdarza się, że czasami po zastosowaniu tego żelu jest trochę ściągnięta, lecz nie zawsze. Dość słabo się pieni, ale ja nie przepadam za mocno pieniącymi się produktami do mycia buzi, bo później w ustach mam zaraz pełno piany. Łatwo domywa resztki makijażu, nie podrażnia.
Składniki: Aqua, Coco Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Centaurea Cyanus (Cornflower) Flower Extract, Polyethylene, Lactitol, Xylitol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Carbomer, Triethanoloamine, Hydrogenated Jojoba Oil, Chromium Hydroxide Green, Parfum, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Limonene, Linalool.
Podsumowanie: W sumie jestem zadowolona, nie kupię kolejnej butelki, bo wolę zużyć to co mam jeszcze w zapasach, ale mimo to myślę, że nie jest to zły produkt. Całkiem nieźle oczyszcza skórę i nie pozostawia jej przesuszonej.
Miałyście do czynienia z tym produktem ? Jak się u Was sprawdził ?
Buziaki, Szarona.
Yankee Candle - Zapowiedzi [lato/jesień/zima 2015].
Zauważyłam, że pod postem z zakupami niektóre z Was były ciekawe zapachów, jakie pojawią się w sprzedaży na naszym rynku. Do sklepów weszło niedawno naprawdę sporo najróżniejszych zapachów, ale je zapewne już znacie, więc nie będę o nich dzisiaj mówić. Skupię się na tym co jeszcze przed nami. Wolę nie myśleć co dzieje się na amerykańskim rynku i ile wspaniałych zapachów niestety przegapiamy... no ale do rzeczy.
LAVENDER
Dostępność: Marzec - w niektórych sklepach jest już dostępny.
Lavender - Powdered lavender bundles tied with heather that is both soothing and luxurious.
LATO 2015 - Q2 "Cafe Culture"
Dostępność: Kwiecień
Escape on a relaxing city break this summer, where you can enjoy all the luxuries of Cafe Culture from the comfort of your own home.
Tarte Tatin
Cappucciono Trufle
Pain Au Raisin
Kolekcja limitowana letnia
Dostępność: Marzec / Kwiecień
Beach Holiday - Take
a vacation by the shore anytime with this clean, fresh scent of ocean
air which is so real you can practically feel the salt spray.
Wild Sea Grass - Kick
off your shoes, feel the sand between your toes, and breathe in the
green scent of dewy sea grass atop the sand dunes. Kissed by the ocean
breeze and enhanced with a sliver of mint, this fragrance is as fresh as
a morning walk on the windswept beaches of Cape Cod or the Outer Banks.
Kolekcja Wielkanocna
Bunny Cake - A delicious way to hop into spring. . . a sweet treat of sugary coconut, creamy vanilla, and bright citrus.
Jelly Beans - A perfect match to your favorite sweet! A handful of grape jelly beans, coated with sugar and ready to enjoy, with a few lemon and raspberry added in the mix.
JESIEŃ 2015 - Q3 " Out of Africa"
Dostępność: Lipiec
Explore the exotic with four luxurious and adventurous new fragrances for Autumn.
Transport your senses on a romantic adventure, with treasured
perfumes of musk, orchid and amber, reminiscent of an African Savannah.
Egyptian Musk
Serengeti Sunset
Kilimanjaro Stars
Madagascan Orchid
Serengeti Sunset
Kilimanjaro Stars
Madagascan Orchid
Kolekcja limitowana jesienna
Dostępność: Lipiec/Sierpień
Gingerbread Maple - Baking
spices and the warm fragrance of cloves, with just a touch of maple,
bring back memories of gingerbread cooling on cookie sheets.
Vanilla Bourbon - A
traditional warm-me-up on a cold day; a mug full of something steaming
topped with a layer of thick vanilla cream and laced with a dash of
strong bourbon.
ZIMA 2015/2016 - Q4 " Baby it's fun outside and cozy inside"
When it's time to warm up, a cosy fireside gathering is what Christmas is all about.
Bundle Up
Cosy by the Fire
Winter Glow
Cosy by the Fire
Winter Glow
Kolekcja limitowana zimowa
Dostępność: Październik / Listopad
Berry Trifle - The mouth-watering fragrance of fresh berries, tangy and sharp, nestled on a bed of soft vanilla cream… delicious.
Cranberry Twist - A medley of sharp berries, a hint of citrus zest, and a dash of fresh ginger make a refreshing concoction.
Ufff... Dotrwaliśmy do końca. Oczywiście nigdy nie wiadomo co może dodatkowo w ostatniej chwili trafić do sklepów. Upatrzyłyście sobie jakieś zapachy ? Ja jestem wręcz oczarowana, bo wreszcie mam kilka słodziaków do wyboru.
Do usłyszenia, Szarona.
Projekt Denko: styczeń/luty '15
Dość długo zastanawiałam się, czy pisać posta z denkiem, bo jednak przez dwa miesiące nie udało mi się zużyć niczego konkretnego. Osobiście spodziewałam się większej ilości, ale że obecnie większość produktów dopiero co otworzyłam to w sumie nie powinnam się dziwić. Niemniej jednak zauważyłam, że zaczęłam używać kosmetyków, a nie tylko zużywać i zabierać się za kolejny, bo przecież w zapasach jeszcze stoi kilka sztuk.
1. The Body Shop, żel o zapachu Ginger Sparkle - Wąchając ten zapach w sklepie bardzo mi się podobał, jednak okazja jego użycia nadarzyła się już po świętach i zapach niekoniecznie zaczął mi odpowiadać. Niemniej jednak zużyłam go na wyjeździe, ze względu na jego małą pojemność, a buteleczkę zostawiłam sobie na inne podróże.
2. Nectar of Nature, żel pod prysznic z maliną i granatem - Kupiłam go w carrefourze za naprawdę jakieś małe pieniądze. Spodziewałam się, że wystarczy mi na niecały miesiąc jak większość żeli pod prysznic, a miałam go i miałam chyba przez trzy miesiące jak nie lepiej. Do tego cudowny, owocowy zapach. Jest kilka wersji do wyboru, więc każdy znajdzie go dla siebie.
3. Nuxe body, Serum modelujące sylwetkę zwalczające cellulit tłuszczowy - Rolował się niesamowicie, zapach pod koniec opakowania zaczął mnie drażnić. Męczyłam się z nim długo i cieszę się, że w końcu się skończył. Na moim blogu możecie znaleźć jego recenzję KLIK.
4. Kallos, Silk, maska do włosów suchych - Nie używałam wcześniej tej wersji. Suchych włosów też nie mam, a przetłuszczające. Maska sama w sobie była całkiem niezła choć nie wiem, czy kupię ją ponownie, gdyż na rynku jest jeszcze wiele tego typu produktów, które chciałabym wypróbować. Teraz zabieram się za maskę jajeczną od Babuszki Agafii i zobaczymy jak się sprawdzi.
5. Isana, sól do kąpieli o zapachu mandarynki z maślanką - Jakoś zupełnie nie mam ostatnio ochoty na kąpiel w wannie i bez wahania wybieram prysznic. Nie mniej jednak w przeciągu dwóch miesięcy jeden raz wybrałam wannę. Wyciągnęłam z szafki z zapasami saszetkę z solą, którą wsypałam na raz i oddałam się relaksowi. Zapach soli był ładny - trochę przypominający jogurt z kawałkami mandarynki. Cena jest niewielka, więc pewnie się skuszę z czasem na inne wersje zapachowe, bo przecież Rossmanna mam prawie pod nosem.
6. Montagne Jeunesse, maseczki Blemish Mud i White Chocolate - Jedna z moich ulubionych firm jeśli chodzi o maseczki oczyszczające do twarzy. Jeszcze nie zdarzyło mi się, abym była z jakiejś niezadowolona. Cena jest troszkę wysoka w porównaniu z innymi maseczkami dostępnymi w drogeriach, ale moim zdaniem czasem warto wydać trochę więcej.
7. Stenders, próbki - Na 4 dniowy wyjazd były jak znalazł. Nie musiałam targać ze sobą większych opakowań. Nie raz używałam tych próbek właśnie w podróży i powiem Wam, że coraz bardziej mam ochotę wypróbować szampon i odżywkę ze Stendersa. Miałyście może styczność z nimi, warte zakupu ?
Używałyście któregoś z tych produktów ?
Buziaki, Szarona.
1. The Body Shop, żel o zapachu Ginger Sparkle - Wąchając ten zapach w sklepie bardzo mi się podobał, jednak okazja jego użycia nadarzyła się już po świętach i zapach niekoniecznie zaczął mi odpowiadać. Niemniej jednak zużyłam go na wyjeździe, ze względu na jego małą pojemność, a buteleczkę zostawiłam sobie na inne podróże.
2. Nectar of Nature, żel pod prysznic z maliną i granatem - Kupiłam go w carrefourze za naprawdę jakieś małe pieniądze. Spodziewałam się, że wystarczy mi na niecały miesiąc jak większość żeli pod prysznic, a miałam go i miałam chyba przez trzy miesiące jak nie lepiej. Do tego cudowny, owocowy zapach. Jest kilka wersji do wyboru, więc każdy znajdzie go dla siebie.
3. Nuxe body, Serum modelujące sylwetkę zwalczające cellulit tłuszczowy - Rolował się niesamowicie, zapach pod koniec opakowania zaczął mnie drażnić. Męczyłam się z nim długo i cieszę się, że w końcu się skończył. Na moim blogu możecie znaleźć jego recenzję KLIK.
4. Kallos, Silk, maska do włosów suchych - Nie używałam wcześniej tej wersji. Suchych włosów też nie mam, a przetłuszczające. Maska sama w sobie była całkiem niezła choć nie wiem, czy kupię ją ponownie, gdyż na rynku jest jeszcze wiele tego typu produktów, które chciałabym wypróbować. Teraz zabieram się za maskę jajeczną od Babuszki Agafii i zobaczymy jak się sprawdzi.
5. Isana, sól do kąpieli o zapachu mandarynki z maślanką - Jakoś zupełnie nie mam ostatnio ochoty na kąpiel w wannie i bez wahania wybieram prysznic. Nie mniej jednak w przeciągu dwóch miesięcy jeden raz wybrałam wannę. Wyciągnęłam z szafki z zapasami saszetkę z solą, którą wsypałam na raz i oddałam się relaksowi. Zapach soli był ładny - trochę przypominający jogurt z kawałkami mandarynki. Cena jest niewielka, więc pewnie się skuszę z czasem na inne wersje zapachowe, bo przecież Rossmanna mam prawie pod nosem.
6. Montagne Jeunesse, maseczki Blemish Mud i White Chocolate - Jedna z moich ulubionych firm jeśli chodzi o maseczki oczyszczające do twarzy. Jeszcze nie zdarzyło mi się, abym była z jakiejś niezadowolona. Cena jest troszkę wysoka w porównaniu z innymi maseczkami dostępnymi w drogeriach, ale moim zdaniem czasem warto wydać trochę więcej.
7. Stenders, próbki - Na 4 dniowy wyjazd były jak znalazł. Nie musiałam targać ze sobą większych opakowań. Nie raz używałam tych próbek właśnie w podróży i powiem Wam, że coraz bardziej mam ochotę wypróbować szampon i odżywkę ze Stendersa. Miałyście może styczność z nimi, warte zakupu ?
Używałyście któregoś z tych produktów ?
Buziaki, Szarona.
Nowości lutego 2015.
Zauważyłam, że ostatnio przechodzę dość obojętnie obok nowości, choć fakt, nowa seria pędzli Zoeva nie tylko Was kusi. Lecz jak na razie muszę się zastanowić, czy oby na pewno potrzebuję kolejnych pędzli do mojej całkiem już sporej kolekcji.
Pod koniec stycznia byłam na wsi pod Zamościem [dla dociekliwych miejscowość nazywa się Janówka, obok Komarowa] i jak zwykle zawitaliśmy na Ukrainę, gdyż przejście Hrebenne/Rawa Ruska nie jest zbyt daleko. Zwykle stajemy w miasteczku tuż za Ukraińską granicą w Rawie Ruskiej. Miałam nadzieję, że zajedziemy do Lwowa bym mogła się obkupić w Lush [tak właśnie tak, na Ukrainie mają Lush, a my nawet w Warszawie go nie mamy], ale wiecie jak to jest... Po ostatnim razie [2/3 lata temu] kiedy ledwo co nie zaczepiliśmy podwoziem naszego Nissana o kostkę brukową na lwowskim rynku moja mama woli nie ryzykować, choć od tamtej pory samochód został zmieniony i jest zdecydowanie wyższy. Tak więc musiałam zadowolić się niestety dość ubogim asortymentem drogerii. Postanowiłam skusić się na rosyjskie kosmetyki do włosów, bo ceny - po przeliczeniu ok. 5zł od sztuki zachęciły mnie do kupna. Nie brałam dużo, gdyż jeśli coś mi się spodoba, to kupię sobie jeszcze następnym razem. Zdecydowałam się na produkty od Babuszki Agafii oraz Planeta Organica. Niektórych zaczęłam już używać, ale na razie nie wyrobiłam sobie zdania na ich temat.
W lutym udało mi się zrealizować jeden z punktów z mojej wishlisty na ten rok, a mianowicie stałam się posiadaczką pędzelka 217 z MAC, pokazywałam Wam go na instagramie. To był raptem mój drugi zakup w tym sklepie, ale pewnie kiedyś jeszcze do niego wstąpię. Jest to zarazem mój najdroższy pędzel w całej kolekcji. Mam nadzieję, że będzie mi dobrze służył kilka lat.
Jak to przy okazji pokazywania moich zakupów bywa, Yankee Candle musi być. Nowości aż tak strasznie mnie tym razem nie kusiły, baaa nawet przeszłam w miarę obojętnie obok -30%, które obowiązywało w jednym z Warszawskich sklepów. Skusiłam się raptem tylko na Illuma-lid. Chciałam kupić ją już dawno, ale żadna nie do końca mi odpowiadała. Stwierdziłam, że w końcu wezmę taką najzwyklejszą i dostępną chyba w każdym sklepie, który ma asortyment Yankee Candle. Pojawiły się również stacjonarnie zapachy z WoodWick, przyznam się, że żaden mnie nie uwiódł na tyle, aby go kupić. Poza jednym - Currant, [jeden kawałek trafił do mnie przy okazji jakiejś wymianki] pachnie słodko, owocowo, w sam raz na cieplejsze dni.
Myślę, że marzec będzie bardziej obfity w zakupy - wychodzą nowe zapachy Yankee Candle i to te na które czekam najbardziej, czyli słodziaki [Pain au Raisin, Tarte Tatin,Cappuccino Truffle]... Niedługo powinna przyjść również paczka ze świecą i mydłami w piance z BBW, ale że idzie z USA nie mam pojęcia kiedy do mnie zawita. Mam nadzieję, że niedługo, bo przecież to już prawie 2 miesiące.
Pozdrawiam, Szarona.
Pod koniec stycznia byłam na wsi pod Zamościem [dla dociekliwych miejscowość nazywa się Janówka, obok Komarowa] i jak zwykle zawitaliśmy na Ukrainę, gdyż przejście Hrebenne/Rawa Ruska nie jest zbyt daleko. Zwykle stajemy w miasteczku tuż za Ukraińską granicą w Rawie Ruskiej. Miałam nadzieję, że zajedziemy do Lwowa bym mogła się obkupić w Lush [tak właśnie tak, na Ukrainie mają Lush, a my nawet w Warszawie go nie mamy], ale wiecie jak to jest... Po ostatnim razie [2/3 lata temu] kiedy ledwo co nie zaczepiliśmy podwoziem naszego Nissana o kostkę brukową na lwowskim rynku moja mama woli nie ryzykować, choć od tamtej pory samochód został zmieniony i jest zdecydowanie wyższy. Tak więc musiałam zadowolić się niestety dość ubogim asortymentem drogerii. Postanowiłam skusić się na rosyjskie kosmetyki do włosów, bo ceny - po przeliczeniu ok. 5zł od sztuki zachęciły mnie do kupna. Nie brałam dużo, gdyż jeśli coś mi się spodoba, to kupię sobie jeszcze następnym razem. Zdecydowałam się na produkty od Babuszki Agafii oraz Planeta Organica. Niektórych zaczęłam już używać, ale na razie nie wyrobiłam sobie zdania na ich temat.
W lutym udało mi się zrealizować jeden z punktów z mojej wishlisty na ten rok, a mianowicie stałam się posiadaczką pędzelka 217 z MAC, pokazywałam Wam go na instagramie. To był raptem mój drugi zakup w tym sklepie, ale pewnie kiedyś jeszcze do niego wstąpię. Jest to zarazem mój najdroższy pędzel w całej kolekcji. Mam nadzieję, że będzie mi dobrze służył kilka lat.
Jak to przy okazji pokazywania moich zakupów bywa, Yankee Candle musi być. Nowości aż tak strasznie mnie tym razem nie kusiły, baaa nawet przeszłam w miarę obojętnie obok -30%, które obowiązywało w jednym z Warszawskich sklepów. Skusiłam się raptem tylko na Illuma-lid. Chciałam kupić ją już dawno, ale żadna nie do końca mi odpowiadała. Stwierdziłam, że w końcu wezmę taką najzwyklejszą i dostępną chyba w każdym sklepie, który ma asortyment Yankee Candle. Pojawiły się również stacjonarnie zapachy z WoodWick, przyznam się, że żaden mnie nie uwiódł na tyle, aby go kupić. Poza jednym - Currant, [jeden kawałek trafił do mnie przy okazji jakiejś wymianki] pachnie słodko, owocowo, w sam raz na cieplejsze dni.
Myślę, że marzec będzie bardziej obfity w zakupy - wychodzą nowe zapachy Yankee Candle i to te na które czekam najbardziej, czyli słodziaki [Pain au Raisin, Tarte Tatin,Cappuccino Truffle]... Niedługo powinna przyjść również paczka ze świecą i mydłami w piance z BBW, ale że idzie z USA nie mam pojęcia kiedy do mnie zawita. Mam nadzieję, że niedługo, bo przecież to już prawie 2 miesiące.
Pozdrawiam, Szarona.
Randkowa Kosmetyczka.
Znowu zrobił mi się przestój na blogu, za który chciałabym Was przeprosić, ale ostatnio byłam trochę zalatana ze względu na pracę, której ostatecznie w końcu nie dostałam, bywa...
Jak wszyscy wiedzą dzisiaj są Walentynki. Mimo, że jest to dla mnie trochę komercyjne święto, bo jednak miłość powinnyśmy wyznawać nie tylko w Walentynki, ale też w pozostałe dni roku, wiele osób postanawia w ten dzień wyjść gdzieś na miasto ze swoją drugą połówką, albo też znajomymi. Dlatego dla tych, którzy nie zamierzają dzisiaj siedzieć w domu przygotowałam ten post.
Wszystko zależy oczywiście od miejsca do którego idziemy oraz od pojemności naszej torebki. Niemniej jednak uważam, że idąc na imprezę/randkę nie powinnyśmy zabierać zbyt dużo, gdyż wielka torebka obok nas może nam tylko przeszkadzać. Powinnyśmy skupić się na najbardziej potrzebnych rzeczach.
1. Szczotka TT - Szczotka do włosów jest ze mną zawsze w torebce kiedy wychodzę z domu, jeśli jednak przewidujemy, że włosy mamy zamiar mieć upięte, a nie rozpuszczone to nie ma potrzeby nosić jej przez cały wieczór.
2. Mgiełka do ciała / perfumy - Jak najmniejsze opakowanie. Najlepiej sprawdzą się próbki z perfumerii, które starczają na 1-2 użycia, a zawsze można wybrać swój ulubiony zapach, lub taki jakim chciałybyśmy pachnieć na naszym spotkaniu.
3. Błyszczyk / pomadka - Jestem z tych osób, które szybko zjadają każdy produkt z ust i zwykle ograniczam się na ustach do minimum. Tak czy inaczej czasem warto jest się poprawić, tym bardziej po jedzeniu, kiedy mamy na sobie krwistoczerwoną szminkę.
4. Tusz do rzęs - Ostatnio zauważyłam, że po całonocnej imprezie ze znajomymi zszedł mi z oczu prawie cały tusz, nic dziwnego jeśli cały czas płakałam ze śmiechu. Dlatego następnym razem będę ubezpieczona i ewentualnie będę mogła poprawić makijaż gdybym się wzruszyła. Nie tyczy się to maskar wodoodpornych, ale na obecną chwilę nie posiadam żadnej w swojej kosmetyczce.
5. Puder - Mam cerę mieszaną, więc co kilka godzić wypada się przypudrować. Dobrze też się sprawdzą bibułki matujące, a nawet zajmą miej miejsca w torebce.
6. Pieniądze - Zawsze warto mieć coś ze sobą, nawet jeśli my nie płacimy. W takim wypadku wolę nie nosić całego portfela i wyciągam z niego odpowiednią ilość gotówki.
7. Karta miejska / bilet komunikacji miejskiej - Wiadomo, jeśli podróżujemy samochodem, to bilet jest zbędny, gdy jednak mamy zamiar wracać komunikacją miejską, jakiś bilet trzeba mieć, aby później nie tłumaczyć się z ewentualnej kontroli.
8. Listerine paski odświeżające - Jest to naprawdę fajna sprawa, zajmuję niewiele miejsca i szybko odświeża oddech. Niestety u nas są one niedostępne, chyba że gdzieś w internecie. Oczywiście jeśli sama ich nie posiadam to sięgam po gumy do żucia. Nie ma nic gorszego niż nieświeży oddech.
9. Klucze - Przecież po wszystkim jakoś do domu trzeba wejść.
Wybieracie się gdzieś na Walentynki czy jednak siedzicie w domu i oglądacie jakiś film ? Jeśli wybrałyście opcję nr 2 to film Love, Rosie [2014] utrzyma Was w Walentynkowym klimacie.
Do usłyszenia następnym razem, Szarona.
*Post bierze udział w Akcji Celebruj Chwilę u Arcy Joko.
PS: Ostatnio zastanawiam się nad zorganizowaniem kolejnego rozdania na blogu, Co chciałybyście by się w nim znalazło ?
Jak wszyscy wiedzą dzisiaj są Walentynki. Mimo, że jest to dla mnie trochę komercyjne święto, bo jednak miłość powinnyśmy wyznawać nie tylko w Walentynki, ale też w pozostałe dni roku, wiele osób postanawia w ten dzień wyjść gdzieś na miasto ze swoją drugą połówką, albo też znajomymi. Dlatego dla tych, którzy nie zamierzają dzisiaj siedzieć w domu przygotowałam ten post.
Wszystko zależy oczywiście od miejsca do którego idziemy oraz od pojemności naszej torebki. Niemniej jednak uważam, że idąc na imprezę/randkę nie powinnyśmy zabierać zbyt dużo, gdyż wielka torebka obok nas może nam tylko przeszkadzać. Powinnyśmy skupić się na najbardziej potrzebnych rzeczach.
1. Szczotka TT - Szczotka do włosów jest ze mną zawsze w torebce kiedy wychodzę z domu, jeśli jednak przewidujemy, że włosy mamy zamiar mieć upięte, a nie rozpuszczone to nie ma potrzeby nosić jej przez cały wieczór.
2. Mgiełka do ciała / perfumy - Jak najmniejsze opakowanie. Najlepiej sprawdzą się próbki z perfumerii, które starczają na 1-2 użycia, a zawsze można wybrać swój ulubiony zapach, lub taki jakim chciałybyśmy pachnieć na naszym spotkaniu.
3. Błyszczyk / pomadka - Jestem z tych osób, które szybko zjadają każdy produkt z ust i zwykle ograniczam się na ustach do minimum. Tak czy inaczej czasem warto jest się poprawić, tym bardziej po jedzeniu, kiedy mamy na sobie krwistoczerwoną szminkę.
4. Tusz do rzęs - Ostatnio zauważyłam, że po całonocnej imprezie ze znajomymi zszedł mi z oczu prawie cały tusz, nic dziwnego jeśli cały czas płakałam ze śmiechu. Dlatego następnym razem będę ubezpieczona i ewentualnie będę mogła poprawić makijaż gdybym się wzruszyła. Nie tyczy się to maskar wodoodpornych, ale na obecną chwilę nie posiadam żadnej w swojej kosmetyczce.
5. Puder - Mam cerę mieszaną, więc co kilka godzić wypada się przypudrować. Dobrze też się sprawdzą bibułki matujące, a nawet zajmą miej miejsca w torebce.
6. Pieniądze - Zawsze warto mieć coś ze sobą, nawet jeśli my nie płacimy. W takim wypadku wolę nie nosić całego portfela i wyciągam z niego odpowiednią ilość gotówki.
7. Karta miejska / bilet komunikacji miejskiej - Wiadomo, jeśli podróżujemy samochodem, to bilet jest zbędny, gdy jednak mamy zamiar wracać komunikacją miejską, jakiś bilet trzeba mieć, aby później nie tłumaczyć się z ewentualnej kontroli.
8. Listerine paski odświeżające - Jest to naprawdę fajna sprawa, zajmuję niewiele miejsca i szybko odświeża oddech. Niestety u nas są one niedostępne, chyba że gdzieś w internecie. Oczywiście jeśli sama ich nie posiadam to sięgam po gumy do żucia. Nie ma nic gorszego niż nieświeży oddech.
9. Klucze - Przecież po wszystkim jakoś do domu trzeba wejść.
Wybieracie się gdzieś na Walentynki czy jednak siedzicie w domu i oglądacie jakiś film ? Jeśli wybrałyście opcję nr 2 to film Love, Rosie [2014] utrzyma Was w Walentynkowym klimacie.
Do usłyszenia następnym razem, Szarona.
*Post bierze udział w Akcji Celebruj Chwilę u Arcy Joko.
PS: Ostatnio zastanawiam się nad zorganizowaniem kolejnego rozdania na blogu, Co chciałybyście by się w nim znalazło ?
Zapachowe TOP 6.
To, że bardzo lubię świece zapachowe wie chyba każdy, kto czasem czyta mojego bloga. Trudno jednak przy większej ilości zapachów przedstawić Wam większość z nich. Dlatego pomyślałam, że fajnie byłoby napisać o tych najbardziej ulubionych. Poza jednym, no może dwoma zapachami reszta jest u nas ogólnodostępna. W zapasach mam jeszcze mnóstwo innych [u nas niedostępnych] zapachów, których jeszcze nie dałam rady wypróbować. Jak już to zrobię, to na pewno się o tym dowiecie.
1. YC, Vineyard - "Prosto z winnicy... Energetyzujący miks dojrzałych i słodkich winogron."
Nie jest on niestety u nas dostępny. Kiedyś w sklepie na Saskiej Kępie natknęłam się na duży słój, wąchałam go za każdym razem kiedy wchodziłam do tego sklepu, a jak już zdecydowałam się go zakupić już go nie było, nad czym oczywiście ubolewam do dziś. Zapach idealnie odzwierciedla zapach dojrzałych winogron z działki moich dziadków. Nie mam pojęcia jak pachnie winnica, bo nigdy w takich nie byłam, lecz jeśli miałabym sobie wyobrażać jej zapach to pewnie tak by pachniała. W wosku jest niesamowicie intensywny i już nie raz "wyszedł z pod kontroli" poza drzwi mojego pokoju. Usilnie szukam słoja. Może kiedyś trafi w moje ręce.
2. BBW, Red Velvet Cupcake - "Ciasto Red Velvet z dużą ilością waniliowego lukru."
Jak może niektóre z Was wiedzą bardzo lubiłam zapach Red Velvet z Yankee Candle. Jednak zanim się obudziłam, że chcę chcę świecę to już była niedostępna. Zrobiłam sobie na szczęście zapas wosków i samplerów. Przy okazji buszowania po sklepie Bath and Body Works natrafiłam na świecę Red Velvet Cupcake, od razu po powąchaniu wiedziałam że będzie moja. Tak bardzo była podobna do tej z Yankee. Jest to moja pierwsza i na razie jedyna świeca z BBW i jestem w niej zakochana. Podczas palenia pachnie bardzo intensywnie. Jeśli chodzi o zapach to pachnie jak typowe ciasto Red Velvet z dużą ilością wanilii, którego jestem fanką.
3. YC, Berrylicious - "Czysta ekstaza. . . dojrzałe, soczyste jagody na kołderce z kremowej wanilii - doskonałe wykończenie deseru."
Limitka, która wyszła latem w zeszłym roku, razem z Cranberry Pear. Oba zapachy są jak dla mnie cudowne, lecz bardziej spodobał mi się Berrylicious. Mocno czuć pieczone ciasto jagodowe. Trochę przypomina mi jagodowego muffina serwowanego w Starbucksie. Na początku czuć w niej ciastowe nuty, ale później na pierwszy plan wychodzą właśnie jagody, słodkie, owocowe, zatopione w kruchym cieście z dużą ilością kruszonki. Bardzo podobny do Blueberry Scone - on jest jednak bardziej waniliowy. Świeca jak i wosk jest intensywna.
4. KC, Mango - "Uchwycona esencja owoców tropikalnych. Cudowny zapach mango, cytrysów i nutką miodowej słodyczy."
Uwielbiam mango pod każdą postacią, więc nie mogłam przejść obojętnie obok świecy o takim zapachu. Czuję mocno soczyste mango, które długo dojrzewało gdzieś w słońcu Malezji i przed chwilą zostało zerwane. Słój podczas palenia pachnie słabiej niż wosk, jednak cały czas zapach ma taką samą moc co bardzo mi odpowiada. Mój ulubiony zapach z Kringle Candle. Za każdym razem kiedy go palę mam ochotę polecieć do sklepu i kupić sobie sorbet mango z Grycana, żeby przypadkiem nie zacząć jeść świecy łyżką .
5. YC, Summer Scoop - "Smaczne wspomnienia z kremowymi, domowymi lodami truskawkowymi w gorące letnie dni. Jedna miarka lub dwie ?"
To jest mój pierwszy duży słój i jeden z pierwszych zapachów jaki miałam okazję próbować. Naklejka idealnie pokazuje to jaki zapach znajduje się w środku - lody owocowe z dodatkiem śmietany. Czasami wyczuwam w niej woń truskawek, jednak nie takich zerwanych prosto z krzaczka. Bardziej przypomina mi zapach, który czujemy w większości truskawkowych cukierków. Choć w zależności od dnia. Bywają też takie dni, gdzie czuję w niej plastik z wonią mamby. Nie wiem czemu tak jest, podczas palenia wosku tego nie czułam. Niemniej jednak zdarza się to bardzo rzadko, a Summer Scoop jest jednym z moich ulubieńców.
6. YC, Red Raspberry - "Pyszny zapach dojrzałych, różowo - czerwonych malin."
To będzie zapewne mój najbliższy świecowy zakup. Limitowana edycja na Walentynki zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła niż Q1 na 2015 rok - w tej kolekcji niestety nic do mnie nie przemówiło. Mi osobiście kojarzy się z dżemem malinowym albo malinowymi landrynkami. Wspaniały, wakacyjny, soczysty i owocowy zapach. Dla mnie w sam raz na cieplejsze dni. Jeśli lubicie słodkie oraz owocowe nuty to myślę, że ten zapach przypadnie Wam do gustu.
Miałyście okazję próbować któregoś z nich ? Jakie są Wasze ulubione zapachy ?
Pozdrawiam, Szarona.
1. YC, Vineyard - "Prosto z winnicy... Energetyzujący miks dojrzałych i słodkich winogron."
Nie jest on niestety u nas dostępny. Kiedyś w sklepie na Saskiej Kępie natknęłam się na duży słój, wąchałam go za każdym razem kiedy wchodziłam do tego sklepu, a jak już zdecydowałam się go zakupić już go nie było, nad czym oczywiście ubolewam do dziś. Zapach idealnie odzwierciedla zapach dojrzałych winogron z działki moich dziadków. Nie mam pojęcia jak pachnie winnica, bo nigdy w takich nie byłam, lecz jeśli miałabym sobie wyobrażać jej zapach to pewnie tak by pachniała. W wosku jest niesamowicie intensywny i już nie raz "wyszedł z pod kontroli" poza drzwi mojego pokoju. Usilnie szukam słoja. Może kiedyś trafi w moje ręce.
2. BBW, Red Velvet Cupcake - "Ciasto Red Velvet z dużą ilością waniliowego lukru."
Jak może niektóre z Was wiedzą bardzo lubiłam zapach Red Velvet z Yankee Candle. Jednak zanim się obudziłam, że chcę chcę świecę to już była niedostępna. Zrobiłam sobie na szczęście zapas wosków i samplerów. Przy okazji buszowania po sklepie Bath and Body Works natrafiłam na świecę Red Velvet Cupcake, od razu po powąchaniu wiedziałam że będzie moja. Tak bardzo była podobna do tej z Yankee. Jest to moja pierwsza i na razie jedyna świeca z BBW i jestem w niej zakochana. Podczas palenia pachnie bardzo intensywnie. Jeśli chodzi o zapach to pachnie jak typowe ciasto Red Velvet z dużą ilością wanilii, którego jestem fanką.
3. YC, Berrylicious - "Czysta ekstaza. . . dojrzałe, soczyste jagody na kołderce z kremowej wanilii - doskonałe wykończenie deseru."
Limitka, która wyszła latem w zeszłym roku, razem z Cranberry Pear. Oba zapachy są jak dla mnie cudowne, lecz bardziej spodobał mi się Berrylicious. Mocno czuć pieczone ciasto jagodowe. Trochę przypomina mi jagodowego muffina serwowanego w Starbucksie. Na początku czuć w niej ciastowe nuty, ale później na pierwszy plan wychodzą właśnie jagody, słodkie, owocowe, zatopione w kruchym cieście z dużą ilością kruszonki. Bardzo podobny do Blueberry Scone - on jest jednak bardziej waniliowy. Świeca jak i wosk jest intensywna.
4. KC, Mango - "Uchwycona esencja owoców tropikalnych. Cudowny zapach mango, cytrysów i nutką miodowej słodyczy."
Uwielbiam mango pod każdą postacią, więc nie mogłam przejść obojętnie obok świecy o takim zapachu. Czuję mocno soczyste mango, które długo dojrzewało gdzieś w słońcu Malezji i przed chwilą zostało zerwane. Słój podczas palenia pachnie słabiej niż wosk, jednak cały czas zapach ma taką samą moc co bardzo mi odpowiada. Mój ulubiony zapach z Kringle Candle. Za każdym razem kiedy go palę mam ochotę polecieć do sklepu i kupić sobie sorbet mango z Grycana, żeby przypadkiem nie zacząć jeść świecy łyżką .
5. YC, Summer Scoop - "Smaczne wspomnienia z kremowymi, domowymi lodami truskawkowymi w gorące letnie dni. Jedna miarka lub dwie ?"
To jest mój pierwszy duży słój i jeden z pierwszych zapachów jaki miałam okazję próbować. Naklejka idealnie pokazuje to jaki zapach znajduje się w środku - lody owocowe z dodatkiem śmietany. Czasami wyczuwam w niej woń truskawek, jednak nie takich zerwanych prosto z krzaczka. Bardziej przypomina mi zapach, który czujemy w większości truskawkowych cukierków. Choć w zależności od dnia. Bywają też takie dni, gdzie czuję w niej plastik z wonią mamby. Nie wiem czemu tak jest, podczas palenia wosku tego nie czułam. Niemniej jednak zdarza się to bardzo rzadko, a Summer Scoop jest jednym z moich ulubieńców.
6. YC, Red Raspberry - "Pyszny zapach dojrzałych, różowo - czerwonych malin."
To będzie zapewne mój najbliższy świecowy zakup. Limitowana edycja na Walentynki zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła niż Q1 na 2015 rok - w tej kolekcji niestety nic do mnie nie przemówiło. Mi osobiście kojarzy się z dżemem malinowym albo malinowymi landrynkami. Wspaniały, wakacyjny, soczysty i owocowy zapach. Dla mnie w sam raz na cieplejsze dni. Jeśli lubicie słodkie oraz owocowe nuty to myślę, że ten zapach przypadnie Wam do gustu.
Miałyście okazję próbować któregoś z nich ? Jakie są Wasze ulubione zapachy ?
Pozdrawiam, Szarona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









