Moim zdaniem 2014 był naprawdę dobrym rokiem. Otrzymałam dyplom technika usług kosmetycznych i to z naprawdę dobrym wynikiem - ponad 90% z części pisemnej oraz praktycznej. Wprowadziłam w życie kosmetyczny minimalizm - tyczy się to zarówno kolorówki jak i pielęgnacji, dzięki czemu pozbyłam się wielu opakowań, co mogliście śledzić przez cały rok w "Projekcie Denko".
Odbyłam kilka podróży do: Berlina, Albanii, New Jersey w USA [razem z Nowym Yorkiem] oraz Torunia i kilku innych polskich miast w których byłam już kilkanaście razy. Jak to ja już mam zaplanowane kolejne wakacje - padło na objazdówkę po Włoszech. Nie skłamię jeśli powiem, że już wyszukałam sklep Lush w każdym mieście w jakim będę, cóż poradzę, że mam słabość do tego sklepu...
Jeśli chodzi o blogowe statystyki, to na pewno się powiększyły w stosunku do poprzedniego roku, z czego jestem bardzo zadowolona:
liczba wyświetleń: 53 952.
liczba postów: 298.
obserwatorzy: 638.
najbardziej popularny post: Mikołajkowe rozdanie - Zamknięte. KLIK
*W zeszłym roku pisałam Wam podobne podsumowanie i wyglądało ono tak - KLIK.
Założyłam też sobie Instagram. Przed którym wcześniej bardzo się wzbraniałam, ale koniec końców nawet mi się spodobało dodawanie zdjęć.
Mam nadzieję, że Sylwestra spędzacie w gronie najbliższych. Ja nie miałam ochoty na żadne wyjścia, więc obecnie paraduję sobie w piżamie i zajadam pizzę. Oby 2015 był jeszcze lepszy.
Buziaki, Szarona.
Zimowy spacer po Toruniu.
Z góry chciałam przeprosić za mały przestój swoim blogu i oczywiście na waszych, ale ostatnio trudno mi było się zebrać do czegokolwiek. Mogłabym tylko leżeć, oglądać kolejny odcinek Chirurgów oraz rozkoszować się gorącą herbatą, podczas gdy w pokoju unosiłby się jakiś yankowy zapaszek. Jednak czasem z domu też trzeba wyjść...
Jakiś czas temu z koleżanką miałyśmy ochotę kupić sobie bilet autobusowy do Wilna, jednak ceny były dla nas zbyt wysokie i koniec końców trafiło na Toruń. Jest niezbyt daleko od Warszawy, a zawsze się coś zobaczy nowego. Wczoraj wsiadłyśmy do Polskiego Busa i po ok. 3h byłyśmy już w Toruniu. Pogoda iście zimna/zimowa, co się później okazało, że w Warszawie było jeszcze zimniej, a ja z każdym krokiem zamarzałam coraz bardziej. Za punk zwiedzania obrałyśmy starówkę, którą przeszłyśmy chyba wzdłuż i wszerz - tam jest najwięcej zabytków.
Zapraszam Was w takim razie na zdjeciową relację:
Toruń sam w sobie na pewno ma klimat, choć trochę nas rozczarował chociażby samymi zabytkami. Z trudem znalazłyśmy tutaj jakieś pamiątki, jak i wszystkim znane toruńskie pierniki, ale za to ceny były naprawdę przyjemne. Raczej nie wrócę tu ponownie, choć kto wie, może kiedyś.
*Post bierze udział w Akcji u Arcy Joko.
Może ujawni się nam tu jakaś mieszkanka Torunia ?
Szarona.
Jakiś czas temu z koleżanką miałyśmy ochotę kupić sobie bilet autobusowy do Wilna, jednak ceny były dla nas zbyt wysokie i koniec końców trafiło na Toruń. Jest niezbyt daleko od Warszawy, a zawsze się coś zobaczy nowego. Wczoraj wsiadłyśmy do Polskiego Busa i po ok. 3h byłyśmy już w Toruniu. Pogoda iście zimna/zimowa, co się później okazało, że w Warszawie było jeszcze zimniej, a ja z każdym krokiem zamarzałam coraz bardziej. Za punk zwiedzania obrałyśmy starówkę, którą przeszłyśmy chyba wzdłuż i wszerz - tam jest najwięcej zabytków.
Zapraszam Was w takim razie na zdjeciową relację:
Toruń sam w sobie na pewno ma klimat, choć trochę nas rozczarował chociażby samymi zabytkami. Z trudem znalazłyśmy tutaj jakieś pamiątki, jak i wszystkim znane toruńskie pierniki, ale za to ceny były naprawdę przyjemne. Raczej nie wrócę tu ponownie, choć kto wie, może kiedyś.
*Post bierze udział w Akcji u Arcy Joko.
Może ujawni się nam tu jakaś mieszkanka Torunia ?
Szarona.
Organique, peelingująca pianka o zapachu pinacolady.
Jak tam święta ? Mam nadzieję, że Wigilię udało Wam się spędzić w gronie najbliższych, a Mikołaj przyniósł Wam wymarzone prezenty. Do mnie nie trafiło nic z mojej świątecznej Wishlisty - co oczywiście nie znaczy, że prezenty były nietrafione... kosmetyków brak. Pomyślałam "super" i tak muszę pozużywać zapasy. Wczoraj na chwilę weszłam sprawdzić obserwowane blogi i okazało się, że udało mi się wygrać rozdanie z miniaturkami lakierów Ciate [klik] więc i kosmetyki się znalazły. Lakierów przecież nigdy za dużo prawda ?
Jednakże przejdźmy do dzisiejszego posta, będzie w nim mowa o peelingującej piance z Organique, którą można było wygrać u mnie już jakiś czas temu w rozdaniu. Jak się u mnie sprawdziła ?
*Niech Was nie zmylą zdjęcia, zrobiłam je od razu po zakupie, bo stwierdziłam, że będzie wyglądać na nich ładniej nowa i jeszcze nie macana, niżeli taka sięgająca dna.
Cena: 19,90zł/100ml lub 34,90zł/200ml, także cena trochę wysoka jak na produkt do mycia. Większe opakowanie wypada jednak korzystniej. Łatwo dostępna, do kupienia oczywiście w sklepach Organique w większych miastach, albo przez stronę internetową producenta.
Opakowanie: Plastikowy pojemniczek z metalową zakrętką, która troszkę mi się przygniotła podczas trasy: Organique -> dom, co w sumie w niczym mi nie przeszkadzało, tak po prostu wyszło. Przyjemna dla oka szata graficzna. Ogólnie większość ich opakowań mi się podoba. Wyglądają porządnie i elegancko. Z łatwością można wydobyć cały produkt z pojemnika.
Zapach: Do kosmetyków z domieszką ananasowych nut podchodzę z lekkim dystansem. Nie zawsze mi one pasują. W sklepie który odwiedziłam były testery wszystkich trzech dostępnych zapachów, więc mogłam powąchać każdy oddzielnie. Powąchałam pinacoladę i od razu byłam na tak, zresztą tak jak sprzedawczyni, która uważała ten zapach za najbardziej udany z peelingujących pianek. Jest delikatny, trochę świeży, ale zarazem słodki i otulający. Gdyby była dostępna świeca o podobnym zapachu chętnie bym przygarnęła taką do swojej kolekcji. Obecnie łapię się na tym, że chodzę do łazienki tylko po to aby ją powąchać. Teraz pisząc recenzję siedzę i napajam się zapachem, mimo iż pianki już prawie nie ma w opakowaniu.
Konsystencja: Powiem Wam, że podczas pierwszego użycia zdziwiła mnie konsystencja. W sklepie nie dotykałam testera, bo przecież nigdy nie wiadomo kto dotykał go przed nami - tylko wąchałam. Wygląda jak zwykła, lekka pianka, w której swobodnie moglibyśmy zanurzyć palec - nic bardziej mylnego. Jest strasznie gęsta, niczym najgęstsze masło do smarowania ciała. Drobinki maluteńkie, prawie niezauważalne. Łatwo rozprowadza się na ciele, a przy połączeniu z wodą powstaje delikatna pianka. Może nie jest ona taka jak przy niektórych żelach pod prysznic, ale wystarczająca.
Składniki: Sucrose, Aqua, Glycerin, Sodium Cocoyl Isethionate, Sorbitol, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Parfum, Sodium Chloride, Phenoxyethanol, Tetrasodium Edta, CI 19140, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.
Działanie:
Według producenta: Łagodna, pachnąca egzotycznym ananasem pianka do mycia ciała. Cukier delikatnie oczyszcza, peelinguje i wygładza, a gliceryna roślinna zmiękcza i nawilża skórę. Lekka, puszysta formuła i apetyczne aromaty działają na zmysły, oraz uprzyjemniają kąpiel, zarówno w wannie, jak i pod prysznicem.
Piankę peelignującą nakłada się na suchą skórę, wmasowuje, skrapla odrobiną wody. Z połączenia tych dwóch "składników" powstaje całkiem przyjemna, delikatna piana. Oczywiście nie jest to piana niczym z niektórych żeli pod prysznic, tudzież innych płynów do kąpieli, ale jest - nie da się zaprzeczyć. Podczas aplikacji jej zapach unosi się w całej łazience i zdecydowanie czuć go pod prysznicem podczas kąpieli [unosi się jeszcze jakiś czas po prysznicu]. Skóra po aplikacji jest miękka i nawilżona, nie potrzebowałam po niej stosować balsamu. Nie uczuliła mnie, ani nie wywołała u mnie żadnych innych niechcianych objawów. Moim zdaniem myje, lecz nie peelinguje, na to jest zdecydowanie za słaba, bo ja osobiście lubię zdzieraki. Jednak jak na produkt do mycia w połączeniu z jakimś mocniejszym peelingiem daje bardzo dobry efekt. Jest też całkiem wydajna, do umycia się wystarczy tylko odrobina, dzięki czemu nie zużyjemy jej na kilka razy.
Podsumowanie: Jako produkt do mycia to jestem z niej zadowolona, ale jeśli mam być szczera to na peeling się nie nadaje. Jest zbyt delikatna, a ja uwielbiam czuć coś podczas wykonywania tej czynności. Tak czy inaczej myślę, że skuszę się na nią jeszcze raz.
Macie swoje ulubione produkty z Organique ?
Uściski, Szarona.
Jednakże przejdźmy do dzisiejszego posta, będzie w nim mowa o peelingującej piance z Organique, którą można było wygrać u mnie już jakiś czas temu w rozdaniu. Jak się u mnie sprawdziła ?
*Niech Was nie zmylą zdjęcia, zrobiłam je od razu po zakupie, bo stwierdziłam, że będzie wyglądać na nich ładniej nowa i jeszcze nie macana, niżeli taka sięgająca dna.
Cena: 19,90zł/100ml lub 34,90zł/200ml, także cena trochę wysoka jak na produkt do mycia. Większe opakowanie wypada jednak korzystniej. Łatwo dostępna, do kupienia oczywiście w sklepach Organique w większych miastach, albo przez stronę internetową producenta.
Opakowanie: Plastikowy pojemniczek z metalową zakrętką, która troszkę mi się przygniotła podczas trasy: Organique -> dom, co w sumie w niczym mi nie przeszkadzało, tak po prostu wyszło. Przyjemna dla oka szata graficzna. Ogólnie większość ich opakowań mi się podoba. Wyglądają porządnie i elegancko. Z łatwością można wydobyć cały produkt z pojemnika.
Zapach: Do kosmetyków z domieszką ananasowych nut podchodzę z lekkim dystansem. Nie zawsze mi one pasują. W sklepie który odwiedziłam były testery wszystkich trzech dostępnych zapachów, więc mogłam powąchać każdy oddzielnie. Powąchałam pinacoladę i od razu byłam na tak, zresztą tak jak sprzedawczyni, która uważała ten zapach za najbardziej udany z peelingujących pianek. Jest delikatny, trochę świeży, ale zarazem słodki i otulający. Gdyby była dostępna świeca o podobnym zapachu chętnie bym przygarnęła taką do swojej kolekcji. Obecnie łapię się na tym, że chodzę do łazienki tylko po to aby ją powąchać. Teraz pisząc recenzję siedzę i napajam się zapachem, mimo iż pianki już prawie nie ma w opakowaniu.
Konsystencja: Powiem Wam, że podczas pierwszego użycia zdziwiła mnie konsystencja. W sklepie nie dotykałam testera, bo przecież nigdy nie wiadomo kto dotykał go przed nami - tylko wąchałam. Wygląda jak zwykła, lekka pianka, w której swobodnie moglibyśmy zanurzyć palec - nic bardziej mylnego. Jest strasznie gęsta, niczym najgęstsze masło do smarowania ciała. Drobinki maluteńkie, prawie niezauważalne. Łatwo rozprowadza się na ciele, a przy połączeniu z wodą powstaje delikatna pianka. Może nie jest ona taka jak przy niektórych żelach pod prysznic, ale wystarczająca.
Składniki: Sucrose, Aqua, Glycerin, Sodium Cocoyl Isethionate, Sorbitol, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Parfum, Sodium Chloride, Phenoxyethanol, Tetrasodium Edta, CI 19140, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.
Działanie:
Według producenta: Łagodna, pachnąca egzotycznym ananasem pianka do mycia ciała. Cukier delikatnie oczyszcza, peelinguje i wygładza, a gliceryna roślinna zmiękcza i nawilża skórę. Lekka, puszysta formuła i apetyczne aromaty działają na zmysły, oraz uprzyjemniają kąpiel, zarówno w wannie, jak i pod prysznicem.
Piankę peelignującą nakłada się na suchą skórę, wmasowuje, skrapla odrobiną wody. Z połączenia tych dwóch "składników" powstaje całkiem przyjemna, delikatna piana. Oczywiście nie jest to piana niczym z niektórych żeli pod prysznic, tudzież innych płynów do kąpieli, ale jest - nie da się zaprzeczyć. Podczas aplikacji jej zapach unosi się w całej łazience i zdecydowanie czuć go pod prysznicem podczas kąpieli [unosi się jeszcze jakiś czas po prysznicu]. Skóra po aplikacji jest miękka i nawilżona, nie potrzebowałam po niej stosować balsamu. Nie uczuliła mnie, ani nie wywołała u mnie żadnych innych niechcianych objawów. Moim zdaniem myje, lecz nie peelinguje, na to jest zdecydowanie za słaba, bo ja osobiście lubię zdzieraki. Jednak jak na produkt do mycia w połączeniu z jakimś mocniejszym peelingiem daje bardzo dobry efekt. Jest też całkiem wydajna, do umycia się wystarczy tylko odrobina, dzięki czemu nie zużyjemy jej na kilka razy.
Podsumowanie: Jako produkt do mycia to jestem z niej zadowolona, ale jeśli mam być szczera to na peeling się nie nadaje. Jest zbyt delikatna, a ja uwielbiam czuć coś podczas wykonywania tej czynności. Tak czy inaczej myślę, że skuszę się na nią jeszcze raz.
Macie swoje ulubione produkty z Organique ?
Uściski, Szarona.
Świąteczne dobre słowo.
Dzisiaj przychodzę do Was z małą odskocznią od kosmetyków. W akcji "Celebruj chwilę" u Arcy Joko wypatrzyłam idealny temat wpasowujący się w panującą u większości z nas świąteczną atmosferę.
Na blogu jej czytamy: "Wybierz sobie dziesięć blogów a właściwie autorek, którym chciałabyś powiedzieć coś dobrego o nich lub ich blogu i napisz to w poście, święta to idealny czas na dobre słowo, przy okazji na końcu możesz wszystkim złożyć życzenia choć nie musisz, blogów w sumie też może być wybrana przez Ciebie liczba, to nie musi być sztywne dziesięć."
Większość blogów, które obserwuję ma tematykę kosmetyczną - jakby inaczej, ale są też takie zupełnie nie związane z kosmetykami. Jakie są moje ulubione ?
* Kolejność przypadkowa.
Frambuesa
Jeśli macie ochotę na zmalowanie jakiegoś zdobienia na paznokciach, a nie koniecznie macie pomysł to musicie koniecznie wpaść do Frambuesy - ona przyjdzie Wam z pomocą. Niedawno skończył się u niej paznokciowy projekt, jednak wcale nie zdziwiłabym się gdyby niedługo ukazał się kolejny.
KasiaPL
Głównie podglądam u niej paznokcie i lakierowe nowości, ma ponad 100 buteleczek w swoich zbiorach, a każda inna, niepowtarzalna. Przez nią moja lakierowa wishlista wydłużyła się przynajmniej o kilkanaście pozycji.
desire25
Przesympatyczna dziewczyna z Łodzi, która tak samo jak nie jedna z nas zakręcona jest na punkcie kosmetyków, podróży i wielu innych rzeczy.
aGwer
Kosmetyki, makijaż, włosy, świeczki, wszystkiego po trochu. Przyznam się, że godzinami mogłabym oglądać jej makijaże - coś wspaniałego. Szkoda, że sama nie mam do niego talentu.
Pirelka
"Koleżanka po fachu" oraz świeczkomaniaczka. Z nią mogłabym chyba godzinami rozmawiać o Yankee Candle tudzież nowych zapachach i nie znudziłoby mi się to. Dobrze wiedzieć, że są ludzie zakręceni na punkcie świeczek tak samo jak ja.
nika88
Większość postów ma tematykę kosmetyczną, ale znajdziemy tu też wiele ubraniowych zastawień, bo zawsze fajnie jest podejrzeć co jest obecnie modne, nawet jeśli ja nie koniecznie podążam za modą.
Lil Oddiette
Też tak czasem macie, że wchodząc przypadkiem na jakiegoś bloga wiecie, iż zostaniecie z nim na dłużej ? Tak właśnie było u mnie w tym przypadku. Przyciągnęła mnie wspaniała jakość zdjęć i kosmetyki, które nie zawsze są u nas łatwo dostępne. Zawsze uważam, że wyjeżdżając za granicę dobrze jest wiedzieć co jest warte uwagi.
Paulina
Jako że mam słabość do USA, o której chyba wie już każdy, nie mogłabym przejść obok jej bloga obojętnie. Milion prześlicznych zdjęć z różnych zakątków Stanów na przemian z ciekawostkami o jakich nie miałam pojęcia.
Delilah
Jeśli szukacie ciekawostek czy informacji o Stanach u Delilah [niczym z piosenki Plain White T's - Hey, There Delilah] dowiecie się tego z pierwszej ręki. Blog o życiu za oceanem, przygodach i doświadczeniach z tym związanych.
Bina
A gdy już mam dość tematyki kosmetyczno-turystycznej idę sobie poczytać wywody z życia Biny. Warszawianka w Paryżu pisząca na temat polaków za granicą, francuzach i o wszystkim co tylko przyjdzie jej do głowy.
Jeśli jesteście ciekawe innych blogów jakie obserwuję to zapraszam do spojrzenia do blogrolla na moim blogu, tam znajdziecie inne - równe ciekawe pozycje.
Czytacie którąś z tych dziewczyn ? Znacie inne blogi godne polecenia ?
Buziaki, Szarona.
Na blogu jej czytamy: "Wybierz sobie dziesięć blogów a właściwie autorek, którym chciałabyś powiedzieć coś dobrego o nich lub ich blogu i napisz to w poście, święta to idealny czas na dobre słowo, przy okazji na końcu możesz wszystkim złożyć życzenia choć nie musisz, blogów w sumie też może być wybrana przez Ciebie liczba, to nie musi być sztywne dziesięć."
Większość blogów, które obserwuję ma tematykę kosmetyczną - jakby inaczej, ale są też takie zupełnie nie związane z kosmetykami. Jakie są moje ulubione ?
* Kolejność przypadkowa.
Frambuesa
Jeśli macie ochotę na zmalowanie jakiegoś zdobienia na paznokciach, a nie koniecznie macie pomysł to musicie koniecznie wpaść do Frambuesy - ona przyjdzie Wam z pomocą. Niedawno skończył się u niej paznokciowy projekt, jednak wcale nie zdziwiłabym się gdyby niedługo ukazał się kolejny.
KasiaPL
Głównie podglądam u niej paznokcie i lakierowe nowości, ma ponad 100 buteleczek w swoich zbiorach, a każda inna, niepowtarzalna. Przez nią moja lakierowa wishlista wydłużyła się przynajmniej o kilkanaście pozycji.
desire25
Przesympatyczna dziewczyna z Łodzi, która tak samo jak nie jedna z nas zakręcona jest na punkcie kosmetyków, podróży i wielu innych rzeczy.
aGwer
Kosmetyki, makijaż, włosy, świeczki, wszystkiego po trochu. Przyznam się, że godzinami mogłabym oglądać jej makijaże - coś wspaniałego. Szkoda, że sama nie mam do niego talentu.
Pirelka
"Koleżanka po fachu" oraz świeczkomaniaczka. Z nią mogłabym chyba godzinami rozmawiać o Yankee Candle tudzież nowych zapachach i nie znudziłoby mi się to. Dobrze wiedzieć, że są ludzie zakręceni na punkcie świeczek tak samo jak ja.
nika88
Większość postów ma tematykę kosmetyczną, ale znajdziemy tu też wiele ubraniowych zastawień, bo zawsze fajnie jest podejrzeć co jest obecnie modne, nawet jeśli ja nie koniecznie podążam za modą.
Lil Oddiette
Też tak czasem macie, że wchodząc przypadkiem na jakiegoś bloga wiecie, iż zostaniecie z nim na dłużej ? Tak właśnie było u mnie w tym przypadku. Przyciągnęła mnie wspaniała jakość zdjęć i kosmetyki, które nie zawsze są u nas łatwo dostępne. Zawsze uważam, że wyjeżdżając za granicę dobrze jest wiedzieć co jest warte uwagi.
Paulina
Jako że mam słabość do USA, o której chyba wie już każdy, nie mogłabym przejść obok jej bloga obojętnie. Milion prześlicznych zdjęć z różnych zakątków Stanów na przemian z ciekawostkami o jakich nie miałam pojęcia.
Delilah
Jeśli szukacie ciekawostek czy informacji o Stanach u Delilah [niczym z piosenki Plain White T's - Hey, There Delilah] dowiecie się tego z pierwszej ręki. Blog o życiu za oceanem, przygodach i doświadczeniach z tym związanych.
Bina
A gdy już mam dość tematyki kosmetyczno-turystycznej idę sobie poczytać wywody z życia Biny. Warszawianka w Paryżu pisząca na temat polaków za granicą, francuzach i o wszystkim co tylko przyjdzie jej do głowy.
Jeśli jesteście ciekawe innych blogów jakie obserwuję to zapraszam do spojrzenia do blogrolla na moim blogu, tam znajdziecie inne - równe ciekawe pozycje.
Czytacie którąś z tych dziewczyn ? Znacie inne blogi godne polecenia ?
Buziaki, Szarona.
Kosmetyczne zapasy, Zima 2014. - Minimalizm kosmetyczny osiągnięty ?
Poszłam na kosmetyczny odwyk. Projekt denko szedł pełną parą, sama też przestałam kupować zbędne kosmetyki. Cały czas kuszą mnie nowości, ale nie zawsze czuję potrzebę ich zakupu. Wcześniej i tak musiałyby one czekać na swoją kolej kolejne pół roku. Teraz szybciej mogę wypróbować nowości wchodzące na rynek nie mając na sumieniu opakowań zalegających w szafce. Te które jednak znalazły się w "zapasie" leżą nie otwarte.
Pół roku temu wyglądało to tak: KLIK. Przyznam się, że wiele pomogły mi właśnie zdjęcia - wszystkie z tego posta pomniejszyłam i skleiłam w jedno większe. Jestem chyba wzrokowcem i żadne wypisywanie ilości, czy listy produktów jakie posiadam się u mnie nie sprawdziły. Dopiero dzięki zdjęciom wiedziałam co mam, co obecnie mi się kończy, a co udało mi się zużyć. Nie było może tego wcześniej aż tak dużo, niemniej jednak ciążyła mi ta ilość kosmetyków...
Jak wygląda to dzisiaj ?
Produkty do kąpieli:
Jestem zupełnie zaskoczona, zawsze lubiłam mieć wybór zapachów, jeśli chodzi o żele pod prysznic, a tu proszę - jeden, który pewnie trafi do grudniowego denka.
Produkty do ciała:
Z racji tego, że obecnie jest zima, kosmetyki nawilżające do ciała szybko mi schodzą, więc widok kilku buteleczek mnie nie przeraża. Wiem, że co najmniej dwa z nich uda mi się zużyć od końca grudnia.
Produkty do rąk:
Mam kilka kosmetyków, które zostały mi jeszcze z zajęć ze studium kosmetycznego i jakoś leżą nieużywane, muszę się wreszcie zmobilizować.
Mydła w kostce:
Dalej mam problem z mydłami w kostce. Nie przepadam za nimi, jednak je też trzeba wykorzystać, dlatego schowałam do szafki mydło w piance z BBW, aby mnie nie kusiło i wyjmę je dopiero wtedy, kiedy będę miała serdecznie dość tych kostek.
Produkty do twarzy:
Na pewno żadna z nas nie ogranicza się w tym przypadku do kilku produktów. Przynajmniej tak nie jest u mnie. Mam cerę mieszaną i kapryśną, więc w zapasie muszę mieć kosmetyk chyba na każdą ewentualność, a pielęgnację w danym dniu dobieram w zależności od stanu cery.
Produkty do włosów:
Tu jak w przypadku twarzy. Nie da się ograniczyć tylko do 1-2 produktów. Musi być ich trochę więcej. Zebrały mi się oleje oraz odżywki bez spłukiwania, za którymi moje włosy raczej nie przepadają, ale powoli i one kiedyś trafią do śmieci.
Jasne, dalej jest tego sporo, mogłabym jeszcze zmniejszyć ilość niektórych produktów, ale nie aż tak dużo niż dotychczas i z tego bardzo się cieszę.
Szarona.
Pół roku temu wyglądało to tak: KLIK. Przyznam się, że wiele pomogły mi właśnie zdjęcia - wszystkie z tego posta pomniejszyłam i skleiłam w jedno większe. Jestem chyba wzrokowcem i żadne wypisywanie ilości, czy listy produktów jakie posiadam się u mnie nie sprawdziły. Dopiero dzięki zdjęciom wiedziałam co mam, co obecnie mi się kończy, a co udało mi się zużyć. Nie było może tego wcześniej aż tak dużo, niemniej jednak ciążyła mi ta ilość kosmetyków...
Jak wygląda to dzisiaj ?
Produkty do kąpieli:
Jestem zupełnie zaskoczona, zawsze lubiłam mieć wybór zapachów, jeśli chodzi o żele pod prysznic, a tu proszę - jeden, który pewnie trafi do grudniowego denka.
Produkty do ciała:
Z racji tego, że obecnie jest zima, kosmetyki nawilżające do ciała szybko mi schodzą, więc widok kilku buteleczek mnie nie przeraża. Wiem, że co najmniej dwa z nich uda mi się zużyć od końca grudnia.
Produkty do rąk:
Mam kilka kosmetyków, które zostały mi jeszcze z zajęć ze studium kosmetycznego i jakoś leżą nieużywane, muszę się wreszcie zmobilizować.
Mydła w kostce:
Dalej mam problem z mydłami w kostce. Nie przepadam za nimi, jednak je też trzeba wykorzystać, dlatego schowałam do szafki mydło w piance z BBW, aby mnie nie kusiło i wyjmę je dopiero wtedy, kiedy będę miała serdecznie dość tych kostek.
Produkty do twarzy:
Na pewno żadna z nas nie ogranicza się w tym przypadku do kilku produktów. Przynajmniej tak nie jest u mnie. Mam cerę mieszaną i kapryśną, więc w zapasie muszę mieć kosmetyk chyba na każdą ewentualność, a pielęgnację w danym dniu dobieram w zależności od stanu cery.
Produkty do włosów:
Tu jak w przypadku twarzy. Nie da się ograniczyć tylko do 1-2 produktów. Musi być ich trochę więcej. Zebrały mi się oleje oraz odżywki bez spłukiwania, za którymi moje włosy raczej nie przepadają, ale powoli i one kiedyś trafią do śmieci.
Jasne, dalej jest tego sporo, mogłabym jeszcze zmniejszyć ilość niektórych produktów, ale nie aż tak dużo niż dotychczas i z tego bardzo się cieszę.
Szarona.
Olejowanie włosów z Sesa.
Kilka dni temu mocno walnęłam się w prawą rękę przez co mam trochę ograniczoną zdolność manualną i piękny fioletowy siniak. Próbowałam zrobić podejście do Paznokciowego projektu i Norweskiej Zimy, jednak nic z tego nie wyszło, więc ten tydzień muszę sobie odpuścić. Szkoda, bo na niego czekałam najbardziej. Może uda mi się zrobić to zdobienie już poza projektem.
Dzisiaj przychodzę z recenzją kosmetyku, którego zdjęcia do posta zrobiłam już jakiś czas temu. Przynajmniej choć raz nie muszę się zastanawiać czy uda mi się złapać trochę światła dziennego.
Cena: Ok. 25zł za 180ml. Więc myślę, że niezbyt dużo, bo olejku na włosy używa się naprawdę niewiele. Do mnie trafił podczas blogerskiego spotkania razem z szamponem do włosów, który zużyłam już dawno temu. Stacjonarnie w sklepach ich nie widziałam, ale łatwo można kupić je przez internet.
Opakowanie: Nieprzezroczysta biała butelka, z plastikową nakrętką, pod którą kryje się wielka dziura, zabezpieczona folią. Niby nie przeszkadza to w użytkowaniu, jednak osobiście wolałabym jakiś atomizer, bo czasami przypadkiem może nam "chlupnąć" więcej niż potrzebujemy.
Konsystencja: Jak można było się spodziewać jest to olejek i posiada płynną konsystencję zielonkawego koloru.
Zapach: Ziołowy, bardzo intensywny, ale moim zdaniem przyjemny i można się do niego przyzwyczaić. Naczytałam się w internecie wiele na niego temat, trochę się bałam, że nie będzie można się przemóc do używania kosmetyku, a tak nie było. Jednak nie polecam go komuś, kto jest wrażliwy na zapachy, bo w łazience zapach utrzymuje się jeszcze jakiś czas po aplikacji olejku na włosy.
Działanie: Długo podchodziłam z dystansem do olejowania włosów, bo przecież jak to "nakładać dodatkowo olej na przetłuszczające się włosy", chociaż już wiem, że nie ma to wpływu na przetłuszczanie włosów. Tak więc staram się go nakładać przed każdym myciem włosów, mniej więcej co dwa dni, ale czasem mi się zapomina. Wylewam odrobinę na ręce, rozcieram go na nich i następnie wcieram w suche włosy oraz skórę głowy. Próbowałam robić tak z mokrymi, ale nie mogłam sobie poradzić z jego rozprowadzeniem, a na rękach zostawała spora ilość olejku. Czasami nakładałam go na 15min, czasami dłużej - wszystko w zależności ile miałam czasu na ogarnięcie się. Olejek łatwo się zmywa, wystarczy jedno mycie, aby pozbyć się go z włosów.Włosy po jego użyciu są gładkie, ale za razem miękkie, nawilżone i błyszczące. Włosy ani skóra głowy nie są w żaden sposób wysuszone i podrażnione. Co do ograniczenia wypadania to wydaje mi się, że wypada mi ich mniej, a przynajmniej mniej niż zanim zaczęłam go używać. Wielkiego wysypu baby hair nie zauważyłam - na to chyba liczyłam najbardziej, może jeszcze się pojawią, nie tracę nadziei.
Składniki: Bhrungraj (Eclipta alba) 3% , Trifala 3% w/v, Brahmi (Saraswathi) (Centella asiatica) 1% w/v, Chameli Pan(Chetika) (Jasminum officinale) 1% w/v, Chanothi (Krishnala) (Abrus precatorius) 0.5% w/v, Dhaturo(Mahamohi) (Datura metel) 2% w/v, Elaychi (Sukshma) (Elettaria cardamomum) 0.5% w/v, Gali pan (kalkeshi) (Indigofera tinctoria) 1.% w/v
, Indravama (Gavakshi) (Citrullus colocynthis) 1.% w/v, Jatamansi (Tapasvini) (Nardostachys jatamansi) 0.5% w/v, Karanj Beej (Chirbilvak) (pongamia glabra) 0.5% w/v
, Neem Beej (paribhadra) (Azadirachta Indica) 0.5% w/v, Mahendi Pan (Henna) (Lawsonia alba) 0.5% w/v, Mandur (Sinhan) (Ferri peroxi dumrubrum) 4% w/v, Rasvanthi (Rasgarbh) (Berberis aristala) 0.5% w/v, Akkal kara (Anacyclus pyrethrum) 0.5% w/v, Vaj (Jatila) (Aconus Calamus) 0.5% w/v, Yashti Madhu (Mulethi) (Glycyrrhiza glabra) 0.5 % w/v
, Milk (Dugdha) 10% v/v, Wheat Germ Oil (Triticum aestivum) 1% , Lemon Oil (Citrus medica) 1% Bogate źródło witaminy C i antyoksydantów, Nilibhrungandi Oil 8% , Til Oil (Sesamum indicum) 25%, Sugandhit Dravya 2% ,Colour : Quinazarine Green SS.
Podsumowanie: Ja jestem zadowolona jeśli chodzi o kondycję moich włosów, choć wielkiego wysypu baby hair nie było. Pewnie skuszę się na kolejne opakowanie kiedy już wykorzystam zalegające mi w zapasach oleje.
Jakie oleje stosujecie do pielęgnacji włosów ?
Szarona.
Dzisiaj przychodzę z recenzją kosmetyku, którego zdjęcia do posta zrobiłam już jakiś czas temu. Przynajmniej choć raz nie muszę się zastanawiać czy uda mi się złapać trochę światła dziennego.
Cena: Ok. 25zł za 180ml. Więc myślę, że niezbyt dużo, bo olejku na włosy używa się naprawdę niewiele. Do mnie trafił podczas blogerskiego spotkania razem z szamponem do włosów, który zużyłam już dawno temu. Stacjonarnie w sklepach ich nie widziałam, ale łatwo można kupić je przez internet.
Opakowanie: Nieprzezroczysta biała butelka, z plastikową nakrętką, pod którą kryje się wielka dziura, zabezpieczona folią. Niby nie przeszkadza to w użytkowaniu, jednak osobiście wolałabym jakiś atomizer, bo czasami przypadkiem może nam "chlupnąć" więcej niż potrzebujemy.
Konsystencja: Jak można było się spodziewać jest to olejek i posiada płynną konsystencję zielonkawego koloru.
Zapach: Ziołowy, bardzo intensywny, ale moim zdaniem przyjemny i można się do niego przyzwyczaić. Naczytałam się w internecie wiele na niego temat, trochę się bałam, że nie będzie można się przemóc do używania kosmetyku, a tak nie było. Jednak nie polecam go komuś, kto jest wrażliwy na zapachy, bo w łazience zapach utrzymuje się jeszcze jakiś czas po aplikacji olejku na włosy.
Działanie: Długo podchodziłam z dystansem do olejowania włosów, bo przecież jak to "nakładać dodatkowo olej na przetłuszczające się włosy", chociaż już wiem, że nie ma to wpływu na przetłuszczanie włosów. Tak więc staram się go nakładać przed każdym myciem włosów, mniej więcej co dwa dni, ale czasem mi się zapomina. Wylewam odrobinę na ręce, rozcieram go na nich i następnie wcieram w suche włosy oraz skórę głowy. Próbowałam robić tak z mokrymi, ale nie mogłam sobie poradzić z jego rozprowadzeniem, a na rękach zostawała spora ilość olejku. Czasami nakładałam go na 15min, czasami dłużej - wszystko w zależności ile miałam czasu na ogarnięcie się. Olejek łatwo się zmywa, wystarczy jedno mycie, aby pozbyć się go z włosów.Włosy po jego użyciu są gładkie, ale za razem miękkie, nawilżone i błyszczące. Włosy ani skóra głowy nie są w żaden sposób wysuszone i podrażnione. Co do ograniczenia wypadania to wydaje mi się, że wypada mi ich mniej, a przynajmniej mniej niż zanim zaczęłam go używać. Wielkiego wysypu baby hair nie zauważyłam - na to chyba liczyłam najbardziej, może jeszcze się pojawią, nie tracę nadziei.
Składniki: Bhrungraj (Eclipta alba) 3% , Trifala 3% w/v, Brahmi (Saraswathi) (Centella asiatica) 1% w/v, Chameli Pan(Chetika) (Jasminum officinale) 1% w/v, Chanothi (Krishnala) (Abrus precatorius) 0.5% w/v, Dhaturo(Mahamohi) (Datura metel) 2% w/v, Elaychi (Sukshma) (Elettaria cardamomum) 0.5% w/v, Gali pan (kalkeshi) (Indigofera tinctoria) 1.% w/v
, Indravama (Gavakshi) (Citrullus colocynthis) 1.% w/v, Jatamansi (Tapasvini) (Nardostachys jatamansi) 0.5% w/v, Karanj Beej (Chirbilvak) (pongamia glabra) 0.5% w/v
, Neem Beej (paribhadra) (Azadirachta Indica) 0.5% w/v, Mahendi Pan (Henna) (Lawsonia alba) 0.5% w/v, Mandur (Sinhan) (Ferri peroxi dumrubrum) 4% w/v, Rasvanthi (Rasgarbh) (Berberis aristala) 0.5% w/v, Akkal kara (Anacyclus pyrethrum) 0.5% w/v, Vaj (Jatila) (Aconus Calamus) 0.5% w/v, Yashti Madhu (Mulethi) (Glycyrrhiza glabra) 0.5 % w/v
, Milk (Dugdha) 10% v/v, Wheat Germ Oil (Triticum aestivum) 1% , Lemon Oil (Citrus medica) 1% Bogate źródło witaminy C i antyoksydantów, Nilibhrungandi Oil 8% , Til Oil (Sesamum indicum) 25%, Sugandhit Dravya 2% ,Colour : Quinazarine Green SS.
Podsumowanie: Ja jestem zadowolona jeśli chodzi o kondycję moich włosów, choć wielkiego wysypu baby hair nie było. Pewnie skuszę się na kolejne opakowanie kiedy już wykorzystam zalegające mi w zapasach oleje.
Jakie oleje stosujecie do pielęgnacji włosów ?
Szarona.
Paletka cieni z Inglota.
W komentarzach pod postem ze "zbiorami kolorówki" niektóre z Was wyraziły chęć zobaczenia w całej okazałości paletki z Inglota, a więc jest. Poniekąd została trochę odstawiona przeze mnie na blok na rzecz Naked2 z UD, ale wyjęłam ją teraz na wierzch i powoli do niej wracam. Nie może przecież leżeć nieużywana i się kurzyć.
Udało mi się trafić z pogodą podczas robienia zdjęć i uchwycić trochę słoneczka.
Jak widać lubuję się w brązach, jeśli chodzi o wykończenie to w moim przypadku zazwyczaj jest ono matowe, albo perłowe. Dawno nie byłam w Inglocie, więc nie mam pojęcia czy dalej są dostępne okrągłe cienie i czy te kwadratowe mają te same numery, czy może jednak się różnią między sobą.
Może macie do polecenia jakąś fajną paletkę w brązach ?
Buziaki, Szarona.
Udało mi się trafić z pogodą podczas robienia zdjęć i uchwycić trochę słoneczka.
Jak widać lubuję się w brązach, jeśli chodzi o wykończenie to w moim przypadku zazwyczaj jest ono matowe, albo perłowe. Dawno nie byłam w Inglocie, więc nie mam pojęcia czy dalej są dostępne okrągłe cienie i czy te kwadratowe mają te same numery, czy może jednak się różnią między sobą.
Może macie do polecenia jakąś fajną paletkę w brązach ?
Buziaki, Szarona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











